Pierwszą lutownicę dostałem w wieku 9 lat…

Pierwszą lutownicę dostałem w wieku 9 lat…

Cześć,
dzisiaj będzie nieco sentymentalnie. Do napisania tego postu przymierzałem się już dawno. Ba – już niemal rok lata temu zapisałem sobie na blogu szkic o treści „Cześć”, który czekał na przypływ weny i dokończenie tematu.

O czym będzie ten post? Trochę o lutownicach, trochę o dzisiejszej młodzieży, oraz trochę moich wspomnień z pierwszych podejść do zabawy z elektroniką. Ale! W ramach współpracy z AleRabat.com w tekście pojawi się też jeden sponsorowany link (będzie hajs na nowe amorki do Multipli;)

Generalnie sam tekst powstał prosto z serca, niejako jako uzupełnienie mojego zeszłorocznego postu o smutnych nauczycielach ZPT:

Smutni nauczyciele od ZPT

Moja pierwsza lutownica…

Pierwszą lutownicę dostałem w wieku ~9 lat. Była to najtańsza lutownica kolbowa o oszałamiającej mocy 25 W.

Moja pierwsza lutownica kolbowa

To właśnie z tym sprzętem zaczynałem robić swoje pierwsze luty przy składaniu różnych kitów do samodzielnego montażu (z których jakieś 80% nigdy nie udało się uruchomić;). Ale zabawa była przednia!

Podczas, gdy większość moich rówieśników wydawała kieszonkowe na nowe zabawki i słodycze, ja zaciągałem rodziców do naszego lokalnego sklepu elektronicznego i wertowałem katalogi dostępnych kitów szukając czegoś fajnego do zmontowania. A montowałem w sumie wszystko – migające serca, zasilacze, podsłuchy FM, wzmacniacze audio, kolorofony, … – no dosłownie wszystko, co było w katalogach!

Dzięki swojej pasji uchodziłem w klasie za delikatnego dziwaka, który co chwilę przynosił na lekcje jakieś transformatory, głośniki wykręcone z telewizorów znalezionych na śmietniku, czy kondensatorów, które ładowało się w gniazdku 230 V i robiło iskry rozładowując je na czymś metalowym (tak – miałem takie pomysły w podstawówce!) :D

Co by jednak nie mówić – gdyby nie to moje wesołe dzieciństwo, pewnie nie byłbym teraz w tym miejscu, w którym jestem obecnie. A powiem Wam szczerze, że za żadne skarby nie chciałbym być teraz nigdzie indziej.

Moja pierwsza płytka PCB

W wieku około 10 lat zrobiłem swoją pierwszą płytkę drukowaną. Wyszła tak:

Moja pierwsza płytka drukowana

Prawda, że piękna? Ścieżki malowałem markerem techniką „na oko”, a później wrzucałem całość do miski z chlorkiem żelaza.

O ile dobrze pamiętam, to miała to być płytka wzmacniacza mikrofonowego do gruszki od CB-radia (projekt nigdy nie został ukończony).

W czasie mojego wesołego dzieciństwa tworzyłem wiele dziwnych wynalazków. W czeluściach mojej piwnicy znalazłem chociażby coś takiego:

Mój wielki wynalazek

Mój wielki wynalazek

Prawdę mówiąc nie mogę sobie przypomnieć, co to było i co robiło, ale pamiętam doskonale, że miałem odwagę podłączać to do prądu! Ach ta dziecięca fantazja…

Kolejne lata mojego dzieciństwa przebiegały w sumie spokojnie. Od czasu do czasu coś się zadymiło, coś wybuchło…, ale generalnie szedłem cały czas w jednym kierunku.

Moja pierwsza transformatorówka

Jakoś pod koniec podstawówki dostałem od taty pierwszą lutownicę transformatorową o mocy 65 W. Była to rosyjska bestia wyprodukowana w… 1983 roku (dwa lata starsza ode mnie):

Rosyjska lutownica transformatorowa

Rosyjska lutownica transformatorowa

Ta lutownica ma obecnie około 35 lat i jeszcze nigdy nie zaliczyła ani jednej awarii. NIGDY! Jest trochę poprzypalana i poobijana, ale nigdy nie wymagała żadnej naprawy.

Rosyjska lutownica transformatorowa

Nawet ten zżółknięty przewód zasilający przez 35 lat ciągłego zwijania i odwijania nigdzie się nie załamał i nie wymagał wymiany.

PS – to właśnie ta lutownica odegrała główną rolę w zdjęciu, które swego czasu obiegło całą sieć ;)

Co Ty wiesz o majsterkowaniu?

Pamiętam, że początkowo ciężko było mi się przyzwyczaić do tego, że lutownica tego typu nie lubi się grzać przez cały czas, więc przez pierwszych kilka dni popalone groty mogłem liczyć w kilogramach. Dzieci się jednak szybko uczą, więc już po tygodniu transformatorówka była dla mnie naturalnym przedłużeniem ręki.

I używałem jej ładnych kilkanaście lat…

Pamiętacie stację lutowniczą, którą opisywałem na początku istnienia Majsterkowa?

Cyfrowa stacja lutownicza z regulatorem PID – AVT-987

Dopiero wtedy, w 2012 roku porzuciłem swoją ukochaną transformatorówkę i powróciłem do korzystania z lutownicy kolbowej (tym razem w wersji ze stacją i precyzyjną kontrolą temperatury). Nie powiem – z taką kolbówką dużo prościej było mi atakować wszelkie projekty robione w SMD, ale jakoś nie udało nam się do końca zaprzyjaźnić.

Męczyliśmy się ze sobą około dwóch lat, ale ostatecznie miłość do transformatorówki okazała się silniejsza i na co dzień używam właśnie jej (z resztą – moja Justyna też;), a stację lutowniczą odpalam bardzo sporadycznie, gdy muszę polutować coś naprawdę bardzo precyzyjnego.

Dlaczego o tym piszę?

Często dostaję od Was pytania o rady odnośnie kupna różnych narzędzi, elektronarzędzi, czy właśnie lutownic. Podobne wątki przewijają się cały czas również na forach i rozmaitych grupach na fejsie. A jak to w takich grupach bywa, to sami pewnie dobrze wiecie – ktoś potrzebuje wkrętarki, żeby raz w roku skręcić jakąś szufladę, a wszyscy polecają mu sprzęt za 500 zł, bo „tańsze to syf” ;)

Oczywiście, jeśli tylko macie kasę, możecie wbić na AleRabat.com i wyrwać jakąś wypasioną lutownicę (czy inne narzędzia) w okazyjnych cenach. Jeżeli jednak macie do dyspozycji jedynie swoje kieszonkowe i rozważacie zakup najtańszych marketowych narzędzi, to może warto w pierwszej kolejności zapytać rodziców, czy nie mają pochowanych gdzieś w piwnicy takich skarbów, jak ta moja niezniszczalna transformatorówka?

A skoro już o kupowaniu narzędzi za kieszonkowe mowa, to chciałbym poruszyć jeszcze jedną kwestię…

Nie chciałbym nikogo szufladkować, ale dosyć często (nawet tutaj w samym majsterkowie) widuję komentarze typu „fajny projekt, ale ja nie mam takiej szlifierki (piły, drukarki 3D, …), więc go nie zrobię”.

Nie wiem jak Wam, mi wydaje się, że kiedyś brak narzędzi nie był dla nikogo wymówką. Przynajmniej ja sam brałem do łapek to, co było pod ręką i używając wyobraźni starałem się osiągnąć zamierzony efekt. Czasami musiałem się namachać małym pilniczkiem, żeby wyciąć w obudowie prostokątny otwór pod wyłącznik, ale nigdy nie powiedziałem, że „nie zrobię tego projektu, bo nie mam frezarki CNC, żeby wyciąć ładny otwór pod wyłącznik” ;)

W majsterkowaniu chyba właśnie o to chodzi, żeby umieć sobie poradzić tym, co mamy do dyspozycji. Oczywiście im więcej mamy narzędzi, tym praca staje się łatwiejsza i przyjemniejsza, ale nigdy nie traktujcie braku jakiegoś narzędzia jako bariery, której nie da się przeskoczyć.

Mam tutaj akurat świeżutki przykład – zobaczcie na ten projekt autorstwa mlechito:

Statyw pod mikroskop / aparat z próbki IGUS

Pod projektem pojawił się taki komentarz:

Spoko projekt, ale nie każdy ma drukarkę 3D :(

No jasne, że nie każdy ma drukarkę 3D. Ale czy to cokolwiek zmienia? Jeżeli nie masz drukarki, to kombinuj na inne sposoby. Drukowane elementy z powodzeniem można zastąpić drewnem lub kawałkiem pleksy. Naprawdę wystarczy czasami uruchomić odrobinę wyobraźni, aby usunąć wszystkie bariery, które niepotrzebnie sobie stawiamy…

Jak to mówią – wystarczy chcieć!

A jak to było u Was?

Zastanawia mnie, jak wyglądały Wasze początki z majsterkowaniem. U mnie zaczynało się dosłownie od lutownicy, kilku starych wkrętaków i małego zestawu pilników. I na tym leciałem przez naprawdę długi czas. A jak to było u Was? Od jakich narzędzi zaczynaliście? A może też mieliście, lub nadal macie w warsztacie takie stare perełki, jak ta moja transformatorówka? ;)

Podziel się:

24 komentarzy do “Pierwszą lutownicę dostałem w wieku 9 lat…

  • Łukasz masz całkowitą rację jeśli chodzi o majsterkowanie, wcale nie trzeba mieć wypasionych narzędzi aby cokolwiek zrobić. To prawda im mamy więcej i lepszych narzędzi to łatwiej nam jest coś wykonać. Na początku miałem dosłownie kilka podstawowych narzędzi, ale potrafiłem wiele nimi zrobić .
    Ja też posiadam lutownicę transformatorową, którą kupiłem w 1977 roku i do dzisiaj jej używam. Nigdy nie miałem z nią żadnych problemów. W latach 80 lutowałem nią nawet układy scalone i bardzo dobrze mi to wychodziło.
    Obecna dostępność wielu wspaniałych narzędzi trochę mnie rozleniwia. Już nie chce mi się coś robić podstawowymi narzędziami.

    Odpowiedz
    • Ja tą swoją transformatorówką też spokojnie lutuję układy scalone. W sumie wydaje mi się, że to żadne wyzwanie ;) Teraz nawet proste SMD (rezystory, diody, kondensatory, …) spokojnie nią lutuję, a stację wyciągam głównie do jakichś bardziej złożonych układów SMD, które wymagają już większej precyzji.

      Odpowiedz
  • Brawo! I tak trzymać.Bardzo Fajny artykuł. Ja pierwszą lutownicę miałem zrobioną we własnym zakresie. Była to lutownica zrobiona z metalowego pudełka od pasty wypełniona spiralą grzejną z koralikami od żelazka do prasowania. W otwór w pudełku był wmontowany kawałek grubego drutu miedzianego zaostrzonego jak śrubokręt, rączka była zrobiona z kawałka drutu żelaznego a na końcu kawałek drewna żeby nie parzyło. Może to się wydawać śmiesznie, był to rok 1958 i miałem też 9 lat, o lutownicach transformatorowych nie miałem pojęcia nie wiem czy w tym czasie były dostępne. Grzałkowe lutownice były drogie w a domu było kiepsko z kasą to człowiek cieszył się tym co miał. W klasie było nas dwóch takich dziwaków i wymienialiśmy się między sobą różnymi pomysłami i budowaliśmy na ówczesne czasy „bardzo poważne urządzenia” począwszy o dzwonków elektrycznych do wzmacniaczy lampowych w późniejszych czasach. Lutownicę transformatorową miałem 1966 roku. Jak pracowałem w serwisie radio telewizyjnym to używałem ją przez ponad 30 lat tą samą! i mam ją do dziś pełnosprawną. Do precyzyjnych prac używam stację lutowniczą ale do szybkich napraw jest to idealne narzędzie.

    Odpowiedz
    • Dziękuję za dobre słowo!
      Strasznie ubolewam nad tym, że w tych dawniejszych latach fotografia nie była tak powszechna, jak obecnie. Naprawdę wiele bym dał, żeby móc chociaż na zdjęciach pooglądać takie wynalazki, jak ta Twoja lutownica. Niemniej, to właśnie chyba w tych cięższych czasach, w których nie było sklepów z elektronarzędziami na każdej ulicy, powstawały najpiękniejsze domowe wynalazki.

      Pozdrawiam serdecznie i z całego serca życzę, aby lutownica dzielnie służyła przez kolejnych 30 lat!

      Odpowiedz
  • Hehe ja zaczynałem od rosyjskiej kolby, potem kolba po kilkunastu latach została zniszczona, przesiadłem się na kilka innych które krótko żyły, była jakaś stacja która do smd ciągle się przydaje ale najlepsze jest to, że jakieś 5 lat temu na all, spotkałem identyczną jak moją, starą ruską kolbe, dodam że nową, i oczywiście ją kupiłem:) Prawie wszystkie roboty ze mną robi razem z 15lat stojakiem zrobionym z 2 skręconych deseczek mini imadła modelarskiego przykręconego poziomo i uchwytu na kolbę skręconego ze szprychy od ukrainy taty :) mam 26lat i ciągle ze mną jest to ustrojstwo, żadna 3 ręka ze sklepu nie była tak funkcjonalna jak mój pomocnik :)
    Innym ciągle działającym narzędziem w warsztacie a okładniej dwoma narzędziami to masa do spawarki za którą kiedyś jechałem jak niemiec za passatem do granicy:) Sprzedawałem spawarkę i zapomniałem jej odkręcić ;) Jest to kawałek walca fi 100mm z 3 nóżkami z drutu, w zależności od potrzeb pracuje jako masa i podtrzymka do spawania :) mam ją z10 lat :)

    Odpowiedz
    • Wydaje mi się, że człowiek się w jakimś stopniu sentymentalnie przywiązuje do tych starszych sprzętów. Jest to taki stary przyjaciel – czasami brzydki, czasami potrafi irytować, ale mimo wszystko się go kocha i chce się go mieć przy sobie przez całe życie ;)

      Odpowiedz
  • Artykuł super a tym bardziej, że celnięty w czasie (bynajmniej u mnie) bo ostatnio przeżywam twórczego doła, ale uszy do góry!! (mniejsza o to)
    Artykuł na tyle mi się spodobał, ze wyskoczyłem z łózka poleciałem do piwnicy zrobiłem zdjęcia i wróciłem, żeby się nimi pochwalić.

    Poniżej moja pierwsza płytka, programator AVR ISP na LPT (moja pierwsza płytka, nawet z soldermaską znalezioną na popularnym serwisie aukcyjnym, chyba pierwsza liceum, wiem późno) dlaczego LPT?
    bo programatory na USB wymagały układu z programem
    a skąd programator?
    wiec został programator na lpt który działał
    po co?
    by wgrać program do ATMEGA8515 do sterownika by z cd-romu zrobić odtwarzacz płyt CD.

    Pamiętam doskonale jak nie cały rok temu stałem się ultra-turbo szczęśliwym posiadaczem mojej pierwszej drukarki 3D – MendelMax1.5, nie wiedziałem czym jest druk przestrzenny z czym to się je ani jak się zabrać do tego, lektura internetu próby i błędy i drukuje i to całkiem nieźle (pieszczotliwie mówią na nią MortraxMax) , droga do niezłego drukowania była długa. Najzabawniejszy był fakt, że musiałem wydrukować sobie jakieś tam istotne elementy do niej a nie miałem gdzie, więc wydrukowałem z absu, oczywiście się porozłaziły, posklejałem, ząłożyłem i kolejny komplet tych elementów i tak w koło aż udało się wypluć prawidłowe elementy które były sukcesem i podstawą do tego by dobrze drukować.

    Obecnie w piwnicy (pokaźnych rozmiarów bo w domu) mam swój własny warsztat / fablab / majsterkownię, pełno tam gratów drukarek i takich skarbów jak falownik z lat 80tych, sterownik PLC Siemensa z roku 98, czy innej automatyki przemysłowej, kilka projektów elektronicznych które chylą się ku końcowi, model poduszkowca w skali 1:20, hexakopter i wiele wiele innych.

    A kumple na polibudzie widząc moje „dziwne” pasje z ich punktu widzenia często mówią:”Lechu ale ty to dziwny jesteś”

    Tym miłym akcentem kończę chwalenie się.
    Łukasz dzięki Ci dobry człowieku za ten portal i wkład pracy jaki w niego włożyłeś, dzięki temu inni mają szanse mniejszym lub większym wysiłkiem się rozwijać po przez konkursy, projekty i cenne wskazówki.

    Odpowiedz
    • Twórcze doły przytrafiają się każdemu. Mnie właśnie ostatnio praca nad samym majsterkowem pochłonęła do tego stopnia, że już dawno nie miałem czasu na takie beztroskie dłubanie nad jakimś większym projektem.

      Co do drukarki 3D, to miałem podobne przygody ze swoją pierwszą (Vertex K8400). Przez większość czasu drukowała różne ulepszenia dla samej siebie (wtedy jeszcze nie potrafiłem modelować w 3D, więc bazowałem głównie na gotowcach z sieci).

      A dziwni to są ludzie, którzy nie majsterkują. Nigdy nie pojmę, jak ludzie mogą woleć przepuszczać całą kasę na fajki i piwo, skoro mogliby za nią kupić np. nową drukarkę 3D, lub inne fajne narzędzie :D

      Dziękuję ślicznie za miłe słowa! W Majsterkowie jestem człowiekiem-orkiestrą, więc zajmuje mi to niemal cały czas. A i tak wiecznie jest coś do zrobienia… Ach, gdyby tak dało się wydłużyć dobę, albo chociaż dorzucić kilka dodatkowych dni do tygodnia :D

      Odpowiedz
    • O właśnie – dopiero co wspomniałem o tym, że wiecznie jest coś do zrobienia i poprawienia ;) W poprzednim komentarzu załączałeś dokładnie to samo zdjęcie? Może wcześniej było większe, a teraz je przeskalowałeś? Nie wyświetlił się żaden błąd?

      Odpowiedz
  • Coś ode mnie :)
    Początek majsterkowania w moim przypadku zaczął się od rozkręcenia golarki elektrycznej. Byłem zafascynowany szybko poruszającym się mechanizmem z elektromagnesów… i pierwszym bliskim kontaktem z prądem :D. Później już z większą ostrożnością rozkręcałem wszystko co wpadło mi w ręce. Zabawę z kondensatorami ładowanymi w gniazdkach również pamiętam.
    Jeśli chodzi o lutownicę. Kilka lat temu moją pierwszą zwykłą i najtańszą transformatorową dolutowywałem w płytce dysku twardego nowe piny w połamanym złączu na taśmę IDE. Zajęło mi to pół nocy ale dzięki temu odzyskałem zdjęcia z starego dysku twardego który przeleżał w piwnicy 10 lat czekając na moment kiedy będę gotów na pierwsze zabawy z lutowaniem :) Po tej zabawie stwierdziłem że najwyższa pora na kupno lutownicy kolbowej. Na kasie nie spałem więc wybór padł na lutownicę za kilkanaście złotych – identyczna jak ta niebiesko-żółta z fotki Łukasza. Wytrzymała około 3 lata ale po złamaniu grota nie widziałem sensu kupowania nowego tym bardziej że jego koszt z wysyłką był chyba w cenie lutownicy. Postanowiłem wtedy kupić nową również kolbowa ale tym razem wiedziałem już czego chcę i co oczekuję od takiego sprzętu. Wybór padł na lutownicę z regulacja temperatury w uchwycie. Na chwilę obecną wciąż jestem bardzo zadowolony z zakupu i komfortu lutowania – jednym słowem inny poziom pracy :)

    Ale poza tematem lutownic…
    Co do braku sprzętu to jak najbardziej nie ma co się zamartwiać. Czasem wystarczą podstawowe narzędzia ręczne i trochę więcej czasu oraz cierpliwości żeby zrobić to samo co z pomocą jakiegoś drogiego kombajnu. Są według mnie jednak elektronarzędzia niezbędne w domowym warsztacie, takie jak: kątówka, wkrętarką i szlifierka. Każdemu zaczynającemu zabawę z majsterkowaniem i mającemu mały budżet, polecam na początek zaczęcie pracy od narzędzi z dolnej półki lub markowych używek. Po czasie dopiero wyjdzie czy narzędzie używamy raz na pól roku czy jednak bardzo często i kolejne będzie już inwestycją w coś lepszego. „Moja” pożyczona od brata :) kątówka w momencie kiedy zaczęła się już rozsypywać miała zostać zamieniona na nową ale wiedziałem już że potrzebuje czegoś solidniejszego tym bardziej że bardzo często używam tego sprzętu. Akurat w tym samym momencie wygrałem tutaj bon na zakupy. I w ten sposób Majsterkowo i Kammar24.pl mają swój mały wkład w kolejne projekty i prace które będę robił z użyciem tego sprzętu :)

    Artykuł świetny i chyba każdy majsterkowicz odnajdzie w tej historii odbicie części siebie :)

    Podsumowując:
    „wystarczy czasami uruchomić odrobinę wyobraźni, aby usunąć wszystkie bariery, które niepotrzebnie sobie stawiamy…”

    Odpowiedz
    • „Po czasie dopiero wyjdzie czy narzędzie używamy raz na pól roku czy jednak bardzo często …”

      Oj jest to święta prawda. Mam w warsztacie całą masę narzędzi, na które swego czasu mocno chorowałem i robiłem wszystko, żeby tylko móc je kupić. Byłem wtedy w takim stanie pomiędzy szaleństwem a amokiem :D Po prostu wiedziałem, że MUSZĘ je mieć i basta!
      A jak już nakupowałem całą górę tego sprzętu, to nagle się okazało, że przez ostatnich 5 lat niektórych z nich użyłem tylko raz ;)

      Co do narzędzi na start, to z czystym sumieniem można polecić elektronarzędzia z Lidla. Są naprawdę dobre jakościowo, a gdy już się zdarzy, że coś się sypnie, to Lidl nie robi najmniejszych problemów z gwarancją. Sam mam do dzisiaj wkrętarkę, którą kupiłem w Lidlu jakieś… 9 lat temu – i do dzisiaj działa! Przeżyła kilka domowych remontów, a od 3 lat jest intensywnie użytkowana przez wiele osób w naszym fablabie. Co prawda jakoś rok temu zaczął już siadać akumulator (nie trzyma tak długo, jak kiedyś), ale jak na wkrętarkę za 199 zł to i tak rewelacyjny wynik!

      Pozdrawiam!
      Łukasz

      PS – ta Twoja lutownica z regulacją jest całkiem fajna! Wpinasz ją bezpośrednio w 230V? Ona ma jakiś sterownik PID, czy tylko jakiś prosty termostat?

      Odpowiedz
  • Lidlowy mam od niedawna strug ale jakoś nie miałem okazji zbyt często go używać żeby się wypowiedzieć o szczegółach. Jedno jest pewne to że działa i spełnia swoje zadanie. Co do narzędzi z tego sklepu to bardzo często słyszę dobre opinie. Coś więc w tym musi być :)
    Jeśli chodzi o lutownicę to podpina się bezpośrednio do sieci. Regulacja temperatury od 80 do 500 st.c. Porównując do starej kolby to ta ma hiper błyskawiczne nagrzewanie grotu ;) .
    Więcej szczegółów tu w ofercie linku:
    https://pl.aliexpress.com/item/Free-shipping-220V-60W-Temperature-Adjustable-electric-soldering-iron-CXG-936D-Internal-heating-Password-control/32502716539.html?spm=a2g0s.9042311.0.0.IcJTxu

    Ja mam wersję 90W

    Odpowiedz
  • Witam Was wszystkich! Czytam te wszystkie wpisy i bardzo mnie cieszy że jesteście tak zaangażowani elektroniką i różnego rodzaju majsterkowaniem. Ja już jestem na emeryturze i nie wyobrażam sobie siedzenia w domu nic nie robiąc. Zawsze znajduję jakieś zajęcie w moim warsztacie. Dzisiaj z urządzeń elektronicznych i różnego rodzaju narzędzi można właściwie kupić wszystko. Ja się wychowywałem w czasach gdzie żeby kupić np. układ scalony UL741 to trzeba było mieć naprawdę szczęście. W zakładzie usługowym gdzie pracowałem były nieraz problemy żeby dostać część do naprawy gwarancyjnej. Jak zacząłem pracować w zakładzie produkcyjnym jako automatyk miałem dostęp do tokarki i frezarki to zacząłem budować frezarko wiertarkę CNC. Kupiłem tylko 3 silniki krokowe i silnik od młynka do kawy a resztę robiłem sam od śrub pociągowych do prowadnic stołu itd. Jest to maszyna wielkości A4 i rozdzielczości 0,005mm idealna do wykonywania obwodów drukowanych. Robię to dwojakim sposobem. Jeden sposób to frezowanie i wiercenie jak są obwody „szersze” a jak precyzyjne to najpierw wiercę wg programu potem naklejam folię światłoczułą na laminatorze własnej produkcji nakładam maskę wydrukowaną w negatywie na laserówce, władam to wszystko do ramy próżniowej pozycjonuję żeby punkty lutownicze zgadzały się z otworami robię próżnię , naświetlarka UV a reszta to już wiecie jak.Wychodzi bardzo dobrze ścieżki nawet 0,2 mm. Wiercenie otworów na początku daje możliwość wykonania otworów metalizowanych co nie udaje się po trawieniu. Maszynka pracuje z programem MACH2 a projekty wiercenia frezowania i masek robię w EAGLE. Jakie to przyszły fajne czasy. Szkoda że dla mnie tak późno ale nie żałuję.

    Pozdrowienia.

    Odpowiedz
    • Czasy nastały bardzo fajne. Teraz, jeżeli tylko człowiek tego chce, to cały świat stoi przed nim otworem. Znam trochę dzieciaków w wieku 8-12 lat, które zaczynają się już bawić modelowaniem i drukiem 3D, budować roboty, czy projektować i programować złożone układy cyfrowe.
      Wszystko (zarówno wiedza, jak i same części) jest teraz na wyciągnięcie ręki.

      Pozdrawiam serdecznie!
      Łukasz

      Odpowiedz
  • Ja w sumie dalej jestem jeszcze młodzikiem na ukończeniu szkoły a gdy wkręciłem się w elektronike też robiłem jakieś chore rzeczy które jak dziś odkopałem to pierwsza myśl była „co za kretyn to robił”. Wchodzę teraz już na wyższy poziom, trawienie płytek, SMD itd. ale większość czasu wiadomo, bez kasy. Zbieranina po moim ulubionym śmietniku z elektrorzeczami przyniosła mi wkrętarkę, parę wzmacniaczy, ukochane zasilacze komputerowe itd. I to będę wspominał chyba najlepiej zbieranie, jak to mówi moja rodzinna kochana która patrzy na mnie momentami jak na totalnego dziwaka, śmieci i naprawianie ich w celu dalszego korzystania. Lutownicę mam też na wzór wyżej wymienionej pewnie z podobną ilością lat i myślę że przeżyje dziadka który mi ją podarował, sprzęt najwyższej klasy ;)

    Odpowiedz
  • Hah! Pamiętam najbardziej wstrząsający moment mojej kariery śmietnikowej. Jak co weekend zawitałem na śmietniczku a tam jakiś pan z młotkiem. Widzę że obok niego kupa trafoków, mówie no trudno spóźniłem się. Ale jak widziałem jak bierze w swoje łapska Unitre WS-4422 i ROZ#####LA ją tym młotkiem żeby trochę między wybrać to byłem o krok o zabójstwa. Najstraszniejszy moment w karierze, zaraz obok podłączenia się pod 230 na 2-3 sekundy, szybko człowiek nabiera respektu do prądu :D

    Odpowiedz
  • Podobnie.
    Mój pierwszy kontakt z elektrycznością miałem w wieku 3 lat. Złapałem ręką za złącze rozłączne do pracy gorącej (Sznur od prodiża) z uszkodzoną ceramiczną końcówką, do której była podłączona pralka Frania… Spaliło ścięgna środkowego palca i kciuka lewej ręki… ;)

    Pierwsza lutownica to była zielona Lutola z ZDZ Łódź z żarówką nad grotem rok produkcji bodajże 68 - późniejsze modele miały żarówkę pod grotem. Lutownica oczywiście podciągnięta ojcu... nie wiem po co mu była potrzebna, ale była...
    Gorzej było z dostępem do cyny (początek lat
    90), więc używałem cyny do lutowania blachy z ogromną ilością fosolu.
    Ten specyfik (Fosol) – dostępny w każdym sklepie odrdzewiacz i odkamieniacz – działał podobnie do Fluxa, z tym, że mniej przyjemnie śmierdział…

    Po jakimś czasie (około 5 klasy podstawówki – zaraz jak zaczynała się edukacja z chemii) dotarły informacje, że kalafonia mniej śmierdzi i łatwiej się lutuje… więc z kumplem lataliśmy po lasach, zbieraliśmy żywicę z jodeł i przeprowadzane były eksperymenty z destylacją żywicy… tak to stałem się posiadaczem pokaźnej ilości kalafonii… i mam ją do dziś… i starczy mi by mi jeszcze „piórnik” kalafonią nasmarowali :) Lutuje się znakomicie.

    Nadszedł czas, kiedy moja zielona lutola dosłownie wybuchła w ręku… pewnie dlatego, że się przegrzała – bo zamiast drutu miedzienego 1mm^2 za grzałkę używało się drutu 2,5mm^2. Emalia w transformatorze się rozgrzała do punktu zapłonu no i się zapaliło…

    Biedny młody początkujący adept elektroniki – wyposażony w LUTOLĘ, elementy elektroniczne wygrzebane ze wszystkiego co się do ogólnego użytku nie nadawało – telewizory, radia – miałem wówczas pokaźną kolekcję lamp i transformatorów, niezliczoną liczbę kondensatorów strojeniowych, kabli, cewek… ogólnie całego tego kałatajstwa z demobilu.
    – Wyposażony byłem w bardzo konkretną literaturę: „Proste układy elektroniczne” / praca zbiorowa, stałem się czytelnikiem RadioElektronika.
    Mam wszystkie Radioelektroniki wydane na przełomie lat 1977 do 2003, Wszystkie wydania Elektroniki dla Wszystkich do 2005 roku i Elektroniki Praktycznej do 2004.

    Padła lutownica i co dalej… zamiast lutowania było czytanie o lutowaniu i elementach, pojawiły się przynajmniej w zarysie – układy cyfrowe, TTL 74xxx CMOS…
    No ale pragnienie grzania cyny skłoniło do wzięcia w rękę kolby do lutowania blachy – taka wielka kolba jeszcze ze spiralą grzejną. Pilnik do metalu i spiłowałem grot do wielkości użytecznej w elektronice – przynajmniej mogłem większe elementy przewlekane lutować…
    Naczytany prasy wówczas dostępnej i z nowymi umiejętnościami w lutowaniu – zbudowałem mój pierwszy wzmacniacz lampowy.
    Była to kopia 1:1 Regent 60 Vermony… Nawet blachy obudowy ciąłem… dziś to żaden wyczyn – jest internet i nie problem o dokumentację… ale mój pierwszy wzmacniacz lampowy powstał w roku 1997 – a miałem wtedy naście lat, ledwo zacząłem technikum…
    Wzmacniacz sprzedałem i kupiłem moją pierwszą Lutolę (75W/45W)… Wiecie jak to młodego człowieka – elektronika amatora podniosło na duchu… pierwsze zarobione pieniądze i pierwsza inwestycja w sprzęt… to daje „pałera”.
    Nie długo po tym bo w 2003 roku kupiłem pierwszą stację lutowniczą. Był to Weller WTCP z kolbą LR-21 – ta stacja do dziś kosztuje około 500 zł +/-, a modelowo ma ona prawie 40.
    W 2005 roku założyłem działalność gospodarczą – naprawiałem telefony, elektronikę, radia, telewizory… dostałem trochę kasy z urzędu pracy, więc w moim warsztacie elektronicznym pojawiła się Scotle IR360 (Lutowanie BGA – telefony, konsole).

    Obecnie mam Hakko998D – Gorące powietrze + kolba 60W(ESD) , Ersa 0ANA60A / 60W.
    Z wyposażenia lutowniczego mam jeszcze mikroskop z kamerą, podgrzewacz do bga (2300W/560stC)

    W pracy po za tym, że zwykle mam wystarczająco dużo zajęć z pomiarami elektrycznymi, jak jest potrzeba coś polutować to jest na wyposażeniu kombajn od Ersa : 0ICV4000AICXV – jest to wielo-kanałowy kombajn do wszelkich prac w temacie lutowania – gorące powietrze 200W, kolba 150W, kolba do smd 2x40W, 150W kolba ESD (antystatyczna) i pompa podciśnieniowa do podnoszenia elementów albo do odsysania oparów znad grzałki (do tego jest specjalny adapter), no i odsysacz z grzaniem 150W. Ten kombajn kosztuje 3000€.

    Odpowiedz

Odpowiedz

anuluj

Masz uwagi?